I to tak na poważnie, choć przepis wydawał się dosyć prosty. Pamiętam moje pierwsze podchody do chleba. Zakupiłam specjalną mąkę z myślą o hodowaniu własnego zakwasu, przejrzałam pół internetu w poszukiwaniu zaginionego Gralla, poinformowałam wszystkich znajomych o moim planie oraz zarzekałam się, że od tej pory już nigdy nie kupię pieczywa w sklepie.
Robienie zakwasu można porównać do hodowania rybek. Niby nic wielkiego, jednak codziennie musisz dokarmiać. W przeciwnym wypadku game over. Tak też robiłam. Po tygodniu wyjęłam mojego przyjaciela ze spiżarni i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały nadchodzący sukces. Eureka! Odkopałam przepis, wymieszałam wszystkie składniki i w czasie „wyrastania” ciasta, wybrałam się na zakupy spożywcze. Tak, aby zająć czymś umysł. Moja niecierpliwa natura z całą pewnością popychałaby mnie co kilka minut w celu skontrolowania procesu. Oczywiście wśród listy zakupów nie było pieczywa, bowiem od dziś miałam stać się najlepszą z najlepszych w pieczeniu chleba, na własnym zakwasie.
Ciasto wyrosło kiepsko, jednak wciąż motywowana nadzieją uznałam, że być może rodzaj mąki tak wpłynął na drożdże. Po za tym w sklepach pieczywo żytnie również jest lepkie i ciężkie. Wyjęłam wyrośnięte ciasto na blachę, ustawiłam minutnik, a w głowie wyobrażałam sobie chwilę, w której wezmę do ust pierwszy kęs ciepłego chleba, posmarowanego grubą warstwą masła. O jakież było moje zaskoczenie, gdy po wyjęciu z pieca okazało się, że mój wypiek nie tylko ma zły kolor, ale również konsystencję. Ba! Strukturę, zapach, kształt. Wszystko było złe. W przypływie złości miałam ochotę rzucić nim o ścianę, jednak szybko zorientowałam się, że ciężar chleba mógłby kogoś zabić. Dosłownie.
Porzuciłam więc marzenia o byciu piekarzem, aż do dziś. W sobotni poranek zorientowałam się, że nie mam pieczywa. Pod wpływem ponownego przypływu weny twórczej postanowiłam dać nam – mnie i chlebowi- drugą szansę. Dziś wiem, że decyzja o ponownym upieczeniu chleba wynikała z lenistwa, nie weny twórczej JCóż, takie życie.
Tym razem znalazłam przepis zawierający jedynie drożdże – żadnych udziwnień w postaci zakwasu. Do wyrabiania ciasta użyłam robota – przynajmniej jak nie wyjdzie to gorycz rozczarowania będzie odrobinę mniejsza. Znalazłam nawet najlepsze z możliwych miejsc do wyrośnięcia – pod grzejnikiem w łazience, która na czas leżakowania ciasta została zamknięta J Ku mojemu zdziwieniu ciasto było wyrośnięte, lekkie i bardzo obiecujące. Włożyłam do pieczenia, w międzyczasie popryskałam wodą (żeby skórka była chrupiąca) i po 30 minutach zachwycałam się produktem końcowym. Jak na ilość składników oraz pracę, którą włożyłam w jego przygotowanie, z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że chleb wyszedł naprawdę smaczny. Natchniona porannym sukcesem postanowiłam upiec pieczywo na następny dzień – z dodatkiem żurawiny i siemienia lnianego. Efekt był inny niż oczekiwałam, jednak świadomość błędów zdecydowanie większa niż za pierwszym razem. Poza tym z własnymi wypiekami to jest tak, że jesz nawet jeżeli nie do końca Ci smakuje – szkoda wyrzucić, sama piekłam itp. Dlatego zjadłam. Czemu o tym piszę? Sama nie wiem, pewnie dlatego, że dziś w swoim dzienniku odbyłam rozmowę z wewnętrznym krytykiem, który rękoma i nogami chciał mnie odwieść od pomysłu pisania i przyznam szczerze – prawie mu się udało. Brzmiał bardzo przekonująco i natarczywie. Czy uległam? Nie, ponieważ tym razem zamiast walki wybrałam dialog. Wypisałam w punktach najczarniejsze scenariusze, zrobiłam kalkulację zysków i strat, a na końcu popełniłam post o pieczeniu chleba.
Bo w życiu chyba jest tak samo. Często wydaje nam się, że przepis – najczęściej wręczony przez kogoś innego, na początku zachęca i intryguje, jednak z czasem powoduje, że zamiast stać się pachnącym i chrupiącym kąskiem, stajemy się gruboskórni, ociężali i smutni. Czasami bywa i tak, że zanim dojdziemy do efektu, który nas zadowala musimy podjąć kolejną próbę, zmodyfikować działanie i mieć nadzieje, że tym razem się powiedzie.
Chociaż nawet jeśli po raz kolejny nie wyjdzie tak jak planowaliśmy, to nadal mamy kawał życia przed sobą żeby próbować dalej.
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.